Byłam Miss

Express Wieczorny. Warszawa, 08 stycznia 1987 roku

BYŁAM MISS Rozmowa z Katarzyną Zawidzką

Chociaż panna Renata Fatla przekaże swojej następczyni koronę najpiękniejszej Polki dopiero za pół roku, już teraz rozpoczynają się w całym kraju eliminacje konkursowe Miss Polonia 1987. A jak wspomina sam konkurs i rok królowania dziewczyna, która związane z tym emocje ma już za sobą, czyli Katarzyna Zawidzka, Miss Polonia 1985?

– Zacznijmy od samego początku. Czy trudno było Pani zdecydować się na udział w konkursie?

– Miałam ułatwione zadanie, bo zdecydowali za mnie znajomi, wysyłając do Biura Miss Polonia moje zdjęcia. Sama jakoś nie mogłam się na to zdobyć, chociaż obserwując transmisje telewizyjne z wcześniejszych eliminacji, miałam ochotę także spróbować swoich sił. Kiedy więc nadeszła wiadomość z biura o zakwalifikowaniu mnie do następnego etapu, postanowiłam startować, tym bardziej że była to ostatnia okazja, bo za rok nie zmieściłabym się już w zastrzeżonych przez organizatorów granicach wieku. W dalszym ciągu jednak miałam chwile zwątpienia, nie byłam pewna swoich szans. Wiedziałam przecież, że będę musiała nie tylko stanąć przed komisją, co już wydawało mi się straszne, ale jeszcze zaprezentować swoją osobowość i to tak, żeby się podobać.
Tak się jednak złożyło, że kiedy trzeba było przygotować się do eliminacji ogólnopolskich, rozchorowałam się. To było zwykłe przeziębienie, ale z dość wysoką temperaturą. Z ulgą zrezygnowałam z podróży do Warszawy. Miałam także wygodne i wiarygodne usprawiedliwienie dla samej siebie – to nie ja stchórzyłam, a po prostu choroba nie pozwoliła mis startować.

– Jednak znalazła się Pani na tych eliminacjach…

– Także przypadkowo. Odwiedziła mnie koleżanka i oznajmiła, że jedziemy do Warszawy. Zarezerwowała właśnie dwa bilety w samolocie. Nie miałam wyjścia – pojechałam. Na miejscu, kiedy zobaczyłam sto naprawdę ładnych dziewczyn, z którymi miałam konkurować, znów pojawiły się opory. Po prostu bałam się wyjść na estradę.

– Już przed pierwszymi eliminacjami wiadomo było, że na najpiękniejsze czekają bardzo atrakcyjne nagrody – VW golf turbo diesel dla Miss, zestawy wideo dla wicemiss, perspektywy wyjazdów… Czy chęć zdobycia którejś z nich nie byłą wystarczająco silnym bodźcem do startu?

– Podczas konkursu nie myśli się ani o nagrodzie, ani w ogóle o tym, czy się wygra. Przynajmniej ja o tym nie myślałam. Może dlatego, że kryteria oceny są tu właściwie niewymierne, jak w żadnym innym konkursie. Wyniki zależą tylko od upodobań jurorów, a o gustach, jak wiadomo, nie należy dyskutować.

– Czy to znaczy, że podczas trwania konkursu nie ma żadnych faworytek? Czy np. Pani nie zauważyła dziewcząt zdecydowanie wyróżniających się urodą, a tym samym groźnych rywalek?

– Oczywiście. Nie tylko zresztą ja miałam swoje typy. Towarzyszący nam podczas eliminacji dziennikarze i fotoreporterzy wyraźnie faworyzowali niektóre z nas, ale werdykt jury był do końca nieznany.

– Często słyszy się opinie, że te najpiękniejsze nie biorą w nim udziału. Jak Pani sądzi, dlaczego?

– Myślę, że początkowo konkursowi towarzyszyła niezbyt zdrowa atmosfera. Niektórzy traktowali to chyba zbyt poważnie. Spotkałam się z opiniami, że taka imprezą, jak ta, interesują się dziewczyny może i niebrzydkie, ale też mówiąc oględnie, niezbyt mądre. Moim zdaniem, jest to zabawa i tak trzeba konkurs traktować, nie przekraczając jednak ustalonych reguł gry. Kiedy np. na przedfinałowym zgrupowaniu w Zalesiu Górnym niektóre dziewczyny wracały na noc później nie przewidywał regulamin, były bardzo rozżalone, że zostały zdyskwalifikowane. Jestem przekonana, że do ustalonego regulaminu trzeba się stosować nie tylko dlatego, że ustalili go ludzie biorący przecież za nas odpowiedzialność, ale także, a może przede wszystkim dlatego, że gwarantuje on wręcz sterylną atmosferę, nie dającą najmniejszych pretekstów do jakichkolwiek plotek.

– Jak Pani wspomina sam konkurs?

– Jako wspaniałą przygodę. Wszystkie przecież byłyśmy stremowane, wszystkie niezbyt pewne siebie, starałyśmy się jednak wzajemnie sobie pomagać. Nie spotkałam się z najmniejszymi choćby przejawami zawiści, przeciwnie, każda cieszyła się z sukcesów koleżanek.

– Czyżby? Przecież w tym wypadku sukces konkurentki oznacza zmniejszenie moich szans. Jury wybiera tylko jedną Miss!

– A jednak! Służę przykładami. W konkursie startowało kilka dziewczyn, wśród nich zresztą i ja, które nigdy się nie malowały i po prostu nie umiały tego robić, ale i takie, które opanowały tę sztukę do perfekcji, choćby doświadczona już wtedy modelka, Ewa Jesionowska. Wiadomo, że dziewczyna „saute” wygląda przy tej z fachowo zrobionym makijażem bardzo skromnie. Więc te bardziej doświadczone służyły koleżankom życzliwą radą, a często i konkretną pomocą. Poza tym pożyczałyśmy sobie rozmaite drobiazgi, po prostu bardzo polubiłyśmy się.

– Co czuje dziewczyna, kiedy dowiaduje się, że jest najpiękniejsza? Czy Pani pamięta ten moment?

– Chyba nigdy tego nie zapomnę. Taka dziewczyna bardzo się cieszy. Także z nagrody i perspektyw dalekich podróży.

– I ma świadomość, że jest taka naj…? A może tytuł Miss To jakby dowód rzeczowy, zaświadczenie o urodzie ze znakiem „Q”? A może taka dziewczyna wzdycha z ulgą, że jednak istnieje sprawiedliwość na tym świecie?

– Raczej obawia się, że nie wszyscy zaakceptują werdykt jury i będą zawiedzeni, że wygrała ta, chociaż tamta była ładniejsza.

– Ale Pani się to na szczęście nie przytrafiło?

– Owszem, przytrafiło. Spotkałam się z wątpliwościami, także z niezbyt miłymi uwagami. Muszę przyznać jednak, że rzadko.

– I rozpaczała Pani z tego powodu?

– Może nie rozpaczałam, ale starałam się być lepsza, np. lepiej wyglądać. Bez względu na wszystko malowałam się i ubierałam najlepiej jak potrafię, czasem z ogromnym wysiłkiem, ale jednak uśmiechałam się. To zresztą z czasem wchodzi w krew i staje się nawykiem.

– Czy królowanie to same tylko przyjemności?

– Brałam udział w wielu imprezach, pokazach, spotkaniach. Czasem bywało to męczące, ale i ciekawe. Pozwoliło choćby osobiście poznać ludzi, których wcześniej mogłam oglądać tylko w telewizji. Jak wiadomo, do obowiązków Miss należy także reprezentowanie kraju na konkursach międzynarodowych: Miss Universe w Stanach Zjednoczonych, Miss International w Japonii i Miss World w Wielkiej Brytanii. Myśli się o tym, jak o wielkiej przygodzie. Zwykle jednak każda przygoda składa się nie tylko z przyjemnych sytuacji… Pierwszy konkurs, w USA, został niespodziewanie przyspieszony. Do wyjazdu przygotowywałam się wręcz w popłochu, gorączkowo załatwiałam niezbędne formalności, w ostatniej chwili kompletowałam garderobę. Dostałam naprawdę ładne stroje, w porównaniu jednak z kreacjami konkurentek okazały się bardzo skromne. Czułam się jak Kopciuszek. Przed wyjazdem rozmawiałam z Lidką Wasiak i Joanną Karska, wiedziałam więc mniej więcej co mnie czeka, jednak w pierwszą tak daleką podróż jechałam z mieszanymi uczuciami. Podróżowałam przecież samotnie, znalazłam się raptem wśród obcych ludzi. Byłam zagubiona.

Konkursy amerykański i japoński nastawione są przede wszystkim na biznes. Koncerty z naszym udziałem były bardzo drobiazgowo przygotowywane, poprzedziły je uciążliwe próby. O zwiedzaniu właściwie nie mogło być mowy. Tych konkursów nie można nawet porównywać z naszym, polskim, gdzie wszyscy o nas dbali i troszczyli się żebyśmy się tylko dobrze czuły i żeby niczego nam nie brakowało. Jest on chyba najbardziej podobny do londyńskich wyborów Miss World. Londyński konkurs wspominam też najmilej. Może dlatego, że pojechałam tam bogatsza o doświadczenie z USA i Japonii. Tam także znalazłam się w finale i po prostu czułam, że się podobam.

– Podróżowała Pani nie tylko na konkursy…

– Dostałam zaproszenie do Szwecji od managera grupy „Herreys”, byłam także w Egipcie. Zaprosili mnie jeszcze w Londynie przedstawiciele należącej do Polaków firmy „Regine”, mającej na całym świecie swoje dyskoteki. Zaproszono mnie na otwarcie kolejnej, właśnie w Kairze. Oprócz mnie było także kilka dziewczyn startujących w miss World, nie tylko finalistek: miała także przybyć z Monako księżniczka Stefania, ale nie wiem dlaczego nie przyjechała.

– Na czym miała polegać pani rola?

– Miałam tam po prostu być i dobrze się bawić i z tego zadania wywiązałam się bez większego wysiłku. W Kairze poznałam także zatrudnionych tam Polaków. Dzięki nim udało mi się zobaczyć w Egipcie i Kair, i Luksor, i Synaj.

– Podobno w Egipcie poznała Pani nie tylko pracujących tam rodaków?

– Pewnie ma pani na myśli Omara Sharifa. Poznaliśmy się w dyskotece „Regine”. Jest miły i bezpośredni, o nas, to znaczy o Polakach wyrażał się wręcz entuzjastycznie. Twierdził, że jesteśmy nie tylko ładne, ale i niezwykle interesujące.

– Czy przez ten rok straciła Pani dużo przyjaciółek?

– Nie zauważyłam, więc chyba nie. Podobno w Gorzowie mówiono, że ja i Lech Piasecki, także gorzowianin, dostaliśmy w mieście wspaniałe wille. Ta wiadomość nie znalazła, niestety, potwierdzenia w rzeczywistości. Ale mówiąc poważnie, znajomi cieszyli się z mojego sukcesu. Kiedy jako Miss wróciłam do Gorzowa, czekały na mnie dzieci z mojego osiedla z bukietami kwiatów zerwanych w ogródkach. Nigdy więcej nie dostałam tak wspaniałych kwiatów. Także w akademiku zgotowano mi wspaniałe przyjecie…

– Właśnie, mimo tak urozmaiconego roku nie przerwała pani studiów, a od niedawna legitymuje się Pani dyplomem magistra.

– Na szczęście moje panowanie przypadło na V rok studiów, kiedy zajęć na uczelni jest już niewiele. Poza tym władze wrocławskiej Akademii Ekonomicznej, gdzie studiowałam, ułatwiły mi zadanie, zgadzając się na indywidualny tok studiów. Mimo to do egzaminów przygotowywałam się szczególnie starannie, żeby nikt nie posadził mnie, że oczekuję jakiegoś szczególnego traktowania.

– Proszę powiedzieć, czy Kasia Zawidzka, Miss Polonia ’85 i mgr Katarzyna Zawidzka to jest ta sama osoba?

– I tak, i nie. Kasia była bardzo nieśmiała, może nawet zbyt poważna. Rzadko nosiła dżinsy. Jako Miss nabrała więcej pewności siebie, zaczęła się malować i podróżować po świecie. Katarzyna też chętnie podróżuje, co przychodzi jej tym łatwiej, że przybyło jej przyjaciół, także za granicą.

Nadal jednak uwielbiam ploteczki z przyjaciółkami, nadal zdarza mi się u nich zasiedzieć i nadal mi przykro, że z tego powodu nie zdążyłam np. umyć podłogi, chociaż obiecałam to mamie. Co się jeszcze zmieniło? Rzadziej korzystam z maminych talentów krawieckich. Kiedyś mama szyła mi wszystko, teraz mam więcej możliwości nabywania gotowej garderoby.

– Ale piękna bajka skończyła się. Co teraz? Osiem godzin w biurze?

– Ależ ja już pracuję. Co prawda nie w biurze, bo jestem modelką. Chciałabym jak najdłużej korzystać z tego, co dał nam konkurs; kontaktów, propozycji. Lidka Wasiak ciągle jest modelką, podobne propozycje otrzymują nie tylko Miss czy finalistki, ale wszystkie dziewczyny biorące udział w konkursie, które spodobały się przedstawicielom rozmaitych firm. Z tego co wiem, z nich korzystają, może tylko z wyjątkiem Magdy jaworskiej, która krótko po przekazaniu mi korony wyszła za mąż o urodziła dziecko.

Dopóki więc wiek i wygląd na to pozwolą, będę modelką. Brałam także udział w zdjęciach próbnych do filmu. To taka historia science fiction, gdzie zaproponowano mi rolę dziennikarki. Widziałam już zdjęcia i, niestety, nie jestem z siebie zadowolona. Sądzę, że wypadłam nienaturalnie, nie mówiłam, a recytowałam. Nie znam jeszcze zdania reżysera. Prawdopodobnie uzna, że się nie nadaję. No cóż, mam zawód, nie muszę być aktorką. Sama myśl, że cały film okazał się zły, tylko dlatego, że gram w nim jedną z ról, byłaby dla mnie nie do zniesienia.

– Czy na zakończenie zechciałaby Pani powiedzieć coś dziewczynom, które przymierzają się właśnie do pierwszych eliminacji konkursowych?

– Przede wszystkim, chciałabym gorąco zachęcić wszystkie ładne dziewczyny do wzięcia udziału w konkursie. Wiem, że bardzo trudno podjąć tę decyzję, ale naprawdę warto. Najlepszy dowód, że sama chętnie przeżyłabym to jeszcze raz…

Rozmawiała MAŁGORZATA GIERZYŃSKA

 

Tagi:,