Najpiękniejsze na wybiegu

Sztandar Młodych, 28 lipca 1991 roku

Na pytanie, według jakich kryteriów wybrani zostali jurorzy obu imprez, zebrani na konferencji dziennikarze usłyszeli, „z łapanki”.

Już mistrz Adam dobrze radził: Mierz siły na zamiary. Szkoda, że zapomnieli o tym przedstawiciele Misslandu, porywając się na zorganizowanie w tym samym terminie dwóch dużych imprez – konkursu Queen of Europe i finału Miss Polski. Myślę, że rozłożenie ich w czasie, choć prawdopodobnie zwiększyłoby koszty per saldo, jednej i drugiej imprezie wyszłoby na korzyść. A na pewno pozwoliłoby uniknąć niepotrzebnej nerwowości i ewidentnych błędów organizacyjnych.

Podczas gdy finalistki Miss Polski intensywnie przygotowywały się do swego występu w ośrodku PKP w Wieżycy, uczestniczki Queen of Europe pod czujnym okiem ochrony z firmy „Asekuracja” wyruszyły w Polskę. Przejechały ponad 3 tysiące kilometrów i do dziś zastanawiają się, po co. Założenia były słuszne – dziewczęta miały oswoić się z publicznością, wzajemnie poznać i zgrać, a przy okazji poznać nasz kraj, co było jednym z warunków kontraktu między właścicielem konkursu – firmą Contacta International z siedzibą w Hiszpanii – a naszym Misslandem.

Pierwszy błąd Misslandu polegał na złym wyborze trasy i realizatorów imprez w poszczególnych miastach. Kto w sezonie wakacyjnym jedzie do Zabrza, Częstochowy czy Zielonej Góry? Dlaczego nie do Świnoujścia, Międzyzdrojów czy Kołobrzegu? Z kolei wynajęci przez Missland realizatorzy, uważając, że mają w ręku samograj, nie zrobili żadnego wysiłku, żeby imprezę dobrze „sprzedać”. Poza Wrocławiem koncerty nie poprzedzone były praktycznie żadną reklamą, a i tu nie na wiele się ona zdała, bo by widownia Opery Wrocławskiej nie świeciły pustkami w czasie bezpośredniej transmisji telewizyjnej, trzeba było dodatkowo zaprosić rozmaitych „krewnych i znajomych królika”.

W Zabrzu o koncercie informowały plakaty, na których brak było daty i miejsca. W Szczecinie, poza samym amfiteatrem, plakatów nie było prawie w ogóle. Za wysoko skalkulowana została także cena biletów. Gdzieniegdzie próbowano ratować sytuację – np. w Częstochowie w dniu koncertu pojawiły się informacje, że na jeden bilet mogą wejść trzy osoby, a w Kielcach, gdzie zdaniem wszystkich odbył się najlepszy koncert, w ostatniej chwili wpuszczono za darmo wszystkich chętnych. Natomiast koncerty w Łodzi i Szczecinie, których zorganizowania podjęła się łódzka firma Inter-scena, trzeba było w ogóle odwołać. Podobno jeszcze w dniu imprezy w Łodzi reprezentujący ją niejaki pan Juszczak informował przedstawicieli Misslandu, że wszystko jest w porządku, i że na rogatkach witać będzie dziewczęta honorowa kolumna policji.W dwie godziny później zadzwonił, że imprezę odwołuje. W Szczecinie, kiedy ekipa czekała gotowa do występu, a nieliczna co prawda publiczność zajęła swoje miejsca, okazało się, że tenże pan Juszczak nie jest w stanie zapłacić Misslandowi nawet połowy z umówionej należności. Koncert odwołano, a niewypłacalny przedstawiciel Inter-sceny oddalił się po cichu, nie informując, gdzie widzowie mogą uzyskać zwrot pieniędzy za bilety.

Nieszczęścia chodzą parami. Z trasy wycofała się GRAŻYNA TORBICKA, zaś organizatorzy sami podziękowali MIETKOWI SZCZEŚNIAKOWI i WOJCIECHOWI GĄSSOWSKIEMU, bo nie mieli pieniędzy, by im płacić.

Zmęczone co raz bardziej pretendentki do tytułu Queen of Europe podróżowały więc po Polsce coraz mniej entuzjastycznie nastawione do całej sprawy. Trudno się dziwić, skoro np. mimo odwołania koncertu w Łodzi zaserwowano im przejazd do tego miasta tylko po to, by mogły wziąć udział w koktajlu wydanym przez jednego ze sponsorów. Narzekały też na polskie jedzenie – nie, nie na jego jakość, lecz obfitość. A na kotlet schabowy z kapustą pod konie trasy nie mogły patrzeć. Dość miały ziemniaków („Nie spojrzę na nie przez rok” – skomentowała sympatyczna Walijka kolejną porcję) i czerwonego barszczu. Dopiero po kilku dniach organizatorzy zorientowali się, że reprezentantka Turcji nie je wieprzowiny i trzeba dla niej zamawiać co innego.

Bałagan organizacyjny osiągnął apogeum po przyjeździe ekipy do Trójmiasta. Okazało się np., że za zjedzony w restauracji „Parkowa” obiad nie miał kto zapłacić i choreograf JANUSZ DĄBROWSKI zmuszony był zostawić w zastaw swój dowód osobisty. Następnego dnia do restauracji „Polonia” dziewczęta nie wiedziecć czemu, przybyły o blisko godzinę za wcześniej. Właściciel restauracji pan TADEUSZ MAZUREK na cześć tak wspaniałych gości kazał położyć w korytarzu nową wykładzinę i przy tej właśnie czynnościom został zaskoczony jego personel. W dodatku „ochrona” obsztorcowała go, że wszystko nie jest gotowe na czas.

Do ostatniej chwili nie wiadomo było, kto obie imprezy poprowadzi, kto wystąpi i kto zasiądzie w jury. Po wycofaniu się Grażyny Torbickiej powstał problem, kto wspomoże ZYGMUNTA CHAJZERA w prowadzeniu wyborów Queen of Europe. Organizatorzy chcieli, by podobnie jak w finale Miss Polski była to ANETA KRĘGLICKA, ale nasza Miss World nie przygotowała sobie ponoć drugiej odpowiedniej kreacji. Rozważano także kandydatury KATARZYNY DOWBOR i MAGDY MIKOŁAJCZAK, w końcu wybór padł na obecnego w Trójmieście ZBIGNIEWA KRAJEWSKIEGO.

Na pytanie według jakich kryteriów wybrani zostali jurorzy obu imprez, rzecznik konkursu Miss Polski Janusz Atlas odpowiedział bez wahania: – z łapanki. Po czym następnego dnia sam zasiadł w jury Queen of Europe. Czyżby w miejsce ANATOLIJA KASZPIROWSKIEGO?

Wiele problemów sprawił też artysta o nazwisku DONOVAN. Do chwili jego przyjazdu nikt bowiem nie wiedział, o którego Donovana chodzi, a publiczność w Operze Leśnej nawet po jego wyjściu na sceną wołała „Jason, Jason”, mając na myśli dyskotekowego idola o tym samym nazwisku.

Jeszcze w piątek w południe nie rozstrzygnięta była sprawa telewizyjnej transmisji obu imprez. Wprawdzie na miejscu gotowa była do pracy ekipa telewizji moskiewskiej (Rosjanie okazali się tańsi niż telewizja polska), lecz trwały targi finansowe dotyczące opłaty za reklamę. Dyrektor Gaweł żądał opłaty z góry, tłumacząc się tym, że Missland dopiero na kilka dni przed imprezą uregulował swoje należności za rok ubiegły.

A skoro już o finansach mowa, na pytanie o koszty poniesione przez Missland w związku z finałem Miss Polski i wyborem Królowej Europy organizatorzy zastrzegli się tajemnicą służbową. Podobnie nie udało się uzyskać informacji, ile zapłacono gwiazdom – Sandrze i Donovanowi. Dla przybliżenia wielkości tej sumy podano tylko, że święcące właśnie swój wielki come back „Czerwone Gitary” biorą 140 mln zł za występ. Gratisowo natomiast podjęło się sprawować swe obowiązki jury.

Wyjątkowo nie sprzyjały Misslandowi w tym roku także tzw. siły wyższe. Gdy dziewczęta przejeżdżały autokarem z miasta do miasta, była piękna pogoda, gdy dochodziło do koncertu – ulewa. W deszczu odbył się plener fotograficzny w Książu. Niewiele brakowało, by sobotnie wybory Queen of Europe nie doszły do skutku. W momencie, gdy Zygmunt Chajzer zapowiedział rozpoczęcie próby generalnej, na oczach publiczności runęło na Operę Leśną potężne drzewo. Na szczęście nikomu nic się nie stało, bo złamany pień oparł się o dach. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby ten nie wytrzymał. jakby tego wszystkiego było mało, odpowiedzialnego za Queen of Europe ze strony polskiej – JERZEGO SZAMBORSIEGO – wezwały do Warszawy w sobotę rano ważne sprawy rodzinne i na 4 godziny przed imprezą zastąpił go JAROSŁAW ŚWIĄTEK.

Jeśli więc chodzi o wybór Królowej Europy, w miarę sprawnie odbył się tylko finał, choć – jak wynika z mojej relacji – nic na to nie wskazywało. Czy to piątkowy bardzo dobry występ finalistek konkursu Miss Polski, czy też obecność na widowni pani prezydentowej DANUTY WAŁĘSOWEJ – fakt, że dziewczęta się zmobilizowały i dały z siebie wszystko, na co było je akurat stać.

Oczywiście nie ma co się łudzić – wielu daleko było do absolutu, w sumie było to jednak do przyjęcia. Niestety, na urodę niektórych kandydatek, ich poczucie rytmu i zdolności taneczne Missland nie miał żadnego wpływu mimo zaangażowania najlepszych fachowców. Na tym tle nasze „misski” wypadły jak prawdziwe królowe.

Jak w przypadku wszystkich tego typu imprez, gdzie o wyborze decyduje gust kilku czy kilkunastu osób, trudno zadowolić wszystkich. Wydaje mi się jednak, że wybór AGNIESZKI KOTLARSKIEJ i EWY SZYMCZAK nie powinien budzić specjalnych wątpliwości. Pierwsza była zdecydowanie najpoważniejszą kandydatką do tytułu Miss Polski już od wrocławskiego półfinału. Ktoś złośliwy (może któraś z konkurentek?) puścił więc plotkę, że tytuł miała zapewniony jeszcze przed piątkowym finałem. Dobrze się stało, że jury nie dało się przestraszyć pomówieniem o manipulację i postawiło na Agnieszkę, bo rzeczywiście wybijała się z grona finalistek. Wygrała zresztą zdecydowanie – na 23 jurorów 22 stawiało ją na I lu II miejscu.

Podobnie wybór Ewy Szymczak nie był tylko kurtuazyjnym gestem w stronę gospodarzy imprezy, jak przypuszczają jedni, czy wynikiem manipulacji polskiego lobby w jury, jak chcą inni. Głosowanie było tajne, a każdy z jurorów głosował na imiennych kartkach. Po zsumowaniu punktów (8 – za pierwsze miejsce, 5 – za drugie, 3 – za trzecie) okazało się, że nasza Ewa zdobyła ich w sumie 112. Następna z kolei – reprezentantka Turcji DERYA YALCIN uzbierała ich już tylko 45, a trzecia – DALIA LELEIVAITE z Litwy 36 punktów.

„Atmosfera pracy jury nie sprawiła nam radości z powodu nerwowości przewodniczącego jury, p. ERICHA REINDLA” – czytamy w oświadczeniu sygnowanym przez czterech jurorów. I dalej – „Złość piękności szkodzi”. Oj, prawda, prawda. A swoją drogą, dziwi rola i zachowanie właściciela konkursu, który usiłował pokrzykiwać na jurorów i ustawiać ich według własnego gustu. Kiedy sponsorzy próbowali interweniować, przypominając, że gra idzie przecież o wyasygnowane przez nich pieniądze, zostali przywołani do porządku, a jeszcze w niegrzecznej formie usłyszeli co nieco o kondycji finansowej i pochodzeniu swych firm. („Nie będzie taka mała żydowska firma dyktować mi warunków”).

Pan Reindl ponoć zażyczył sobie także, by rano po balu laureatki oddały mu swoje korony. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby były to korony „przechodnie” należące do firmy Contacta. Ale nie, te zakupił Missland za własne pieniądze. Okazały się zresztą mało trwałe, bo korona Ewy Szymczak ukruszyła się już w czasie balu.

A bal rozpoczął się dopiero o 2.00 w nocy. Nic więc dziwnego, że najwytrwalsi kończyli go dopiero w niedzielę koło południa.

MAŁGORZATA SZNIAK

Tagi: